Hutnik Kraków | Stowarzyszenie Nowy Hutnik 2010 - oficjalna strona
nippongo íslenska suomi < a href="http://www.nh2010.pl/manifest,hu.html">magyar italiano français russkij slovenský espana deutsch english polski

Rozmowa z trenerem Grzegorzem Kmitą

Czwartek, 31 maja 2018
W niedzielę 3 czerwca o godzinie 15:30 na Suchych Stawach odbędzie się hutniczy mecz wspomnień. Na przeciwko siebie staną drużyna Mistrzów Polski juniorów z 1993 roku i zespół Hutnika, który wywalczył awans do Ekstraklasy trzy lata wcześniej.
W poprzedni czwartek przedstawiłem drogę do Mistrzostwa drużyny juniorskiej sprzed 25 lat. Czytaj tutaj
W poniedziałek rozmawiałem z ulubieńcem hutniczych trybun przełomu lat 80-tych i 90-tych Leszkiem Kraczkiewiczem Czytaj tutaj

Dziś głos oddajmy trenerowi juniorów Hutnika z lat 1990-1993 Grzegorzowi Kmicie.

Grzegorz Kmita urodził się 1955 roku w Sosnowcu. Jest wychowankiem Hutnika. Od ponad 40-stu lat (z przerwami) jest związany z K.S. Prokocim Kraków, którego zespół seniorów trenuje również aktualnie. Jako trener pracował m.in. w Małopolskim ZPN, Prokocimiu, Hutniku, Cracovii i wielu innych mniejszych klubach małopolskich.

- Jest Pan wychowankiem Hutnika. Proszę przybliżyć czytelnikom jak to się stało, że został pan sportowcem…
Zgadza się. Swoją przygodę z piłką zaczynałem w Hutniku. W 1965 roku po raz pierwszy pojawiłem na Suchych Stawach. Moimi pierwszymi trenerami byli Józef Strojny i Adam Mirek. W roku 1966 wraz z kilkoma kolegami z podwórka na os. Hutniczym, gdzie mieszkałem, stworzyliśmy drużynę pod nazwą „Błyskawice” i wygraliśmy turniej organizowany przez GTS Wisła Kraków. Przez pół roku przychodziły zaproszenia na treningi do Wisły, ale ojciec był nieugięty. Mówił: Albo Hutnik albo nic… W latach 1970-1973 grałem w juniorach i rezerwach. Od sezonu 1974/75 znalazłem się w kadrze pierwszego Hutnika. Byłem reprezentantem Krakowa w kategorii juniorów. Zdobyliśmy z tą drużyną brązowy medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w 1973 roku. W 1974 roku byłem nawet reprezentantem Polski w kategorii juniorów.
- Futbol nie był jedyną dyscypliną, którą uprawiał pan wyczynowo?
W roku 1970, jako 15-latek uprawiałem też piłkę ręczną w nowohuckim Krakusie. Moimi trenerami byli tam Andrzej Wiśniewski i Adam Krempl.
- Jak trafił pan do Prokocimia?
Po trzech latach spędzonych w Nowej Hucie, mając wybór: albo zawodowa piłka nożna albo studia, wybrałem to drugie rozwiązanie. Musiałem rywalizować m.in. z przyszłym reprezentantem Polski – Markiem Motyką. Byłem już wtedy na III roku studiów na AWF, gdy przeszedłem właśnie do drużyny Kolejarza Prokocim.
- W 1979 roku graliście z Górnikiem Zabrze w 1/16 Pucharu Polski…
Dane mi było zagrać w tym „meczu-legendzie” Prokocimia. Na własnym stadionie w Parku Jerzmanowskich. Obserwowało go na żywo kilka tysięcy osób. Górnik pod wodzą trenera Władysława Żmudy, m.in. z Gorgoniem, Wieczorkiem, Dolnym, Szachnitowskim w składzie, pokonał nas 5:2. W tym samym sezonie 1979/80 awansowaliśmy z Prokocimiem do III ligi.
- W tym czasie został pan także trenerem. Pańska karta trenerska jest niezwykle bogata.
Na początek zostałem trenerem trampkarzy Prokocimia, których prowadziłem w latach 1978-1979. Potem trenowałem juniorów i seniorów tego klubu. Potem były: Wiślanka Grabie, Clepardia, Świt Krzeszowice i Cracovia, gdzie byłem II trenerem seniorów. W lipcu 1990 roku w Szczecinie, po dramatycznym meczu finałowym z Białymstokiem wygranym 2:1, zdobyłem, z prowadzoną przeze mnie Reprezentacją Krakowa złoty medal Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży. W Białymstoku zespół oparty był na zawodnikach Jagiellonii w składzie m.in. z Tomaszem Frankowskim. Trenerem koordynatorem naszego zespołu był wtedy Marian Cygan. Po tym sukcesie zadzwonił do mnie Aleksander Hradecki. Rozmowa nie trwała dłużej niż minutę. Nazajutrz, po 13 latach, znów znalazłem się w Hutniku…
- Przejął pan zespół juniorów starszych. I rozpoczął budowę czegoś, co zaowocowało niesamowitym sukcesem 3 i pół roku później. Proszę opowiedzieć o początkach tej drogi.
Z zespołu juniorów starszych prowadzonych wcześniej przez Piotra Kocąba pozostało zaledwie czterech zawodników z najstarszego rocznika. Pozostali mieli dużo mniejsze doświadczenie. Pierwsze zgrupowanie odbyło się w Nawojowej. Trenowaliśmy tam wspólnie z lekkoatletkami, prowadzonymi przez Marię Krawcewicz. Przeprowadziła ona kilka treningów ogólnorozwojowych i biegowych. Była to wielka atrakcja dla chłopaków – wspólny trening z dziewczętami, nikt się nie obijał, nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Jednak po obserwacji zawodników stwierdziłem, iż możemy mieć kłopot nawet z utrzymaniem się w klasie międzywojewódzkiej. Drużyna była bardzo młoda. Młodsza od innych z tej ligi. Trener- koordynator Hradecki ze stoickim spokojem przyjął te obawy i stwierdził szorstko: „Przecież po to ściągnąłem ciebie do klubu, żebyś uratował ten zespół od spadku”. Notes, który trzymałem, z wrażenia po prostu wyleciał mi z dłoni na podłogę. W ten sposób ukształtował się cel operacyjny na pierwszy rok mojej pracy. Cel strategiczny w Hutniku zawsze był ten sam - wszechstronny rozwój każdego zawodnika w obszarze sportowym oraz wychowawczo-mentalnym, w myśl starogreckiej zasady „Kalos Kagathos – piękny i mądry”.
- Początek lat 90-tych był trudnym okresem dla Hutnika. Skończyło się eldorado w postaci pieniędzy państwowych. Czy miało to wpływ na pracę? Jak to wyglądało?
Moim pierwszym sukcesem było znalezienie oddanych kierowników zespołu i co bardzo ważne pozyskanie sponsorów. Kierownikami zostali najpierw: Tadeusz Gładysz, a potem duet Edward Sempoch i Adam Piwowar. Sponsorami byli: Paweł Pasternak, - właściciel supermarketu ”Grosik”, Konstanty Zieleniak – właściciel firmy remontowo-budowlanej, Józef Małecki – właściciel firmy handlowej „Asta” oraz rodzice zawodników, którzy finansowali obozy szkoleniowe i udział w turniejach zagranicznych. Podkreślę bardzo wyraźnie: Hutnik został pierwszą drużyną w historii futbolu młodzieżowego w Małopolsce, która miała sponsorów!
- W czasie pana pracy w Hutniku trenowało blisko pół tysiąca zawodników w grupach młodzieżowych!
Tak było. Dzisiaj, kiedy rosną jak grzyby po deszczu akademie piłkarskie mające w swojej strukturze 2-3 zespoły, to ogarnia mnie „pusty śmiech”. Prawie 30 lat temu mieliśmy 12 grup szkoleniowych, idąc tropem aktualnej nomenklatury powinniśmy się wtedy nazywać „Uniwersytetem piłkarskim im. Aleksandra Hradeckiego”. Biorąc pod uwagę aspekt sportowy, to podstawą sukcesów był przyjęty nowatorski model szkoleniowy, który przyznaję to po latach z wielkim smutkiem, obowiązywał tylko do poziomu juniora starszego. Polegał on m.in. na tym, iż w przeciwieństwie do innych modeli szkoleniowych w kraju (np. w Lechii Gdańsk), najbardziej uzdolnieni zawodnicy przenoszeni byli do starszych grup wiekowych, bo podstawowym kryterium była ocena potencjału piłkarza, a nie data urodzenia. Stąd w mojej „złotej” drużynie byli chłopcy urodzeni w latach 1974, 1975, 1976, 1977. Byliśmy prekursorami takich rozwiązań merytorycznych w Polsce.
W tym okresie, oprócz codziennych czynności szkoleniowych, moja praca sprowadzała się do szeregu działań organizacyjnych: przeglądu zawodników z młodszych roczników i stopniowego włączania ich do kadry pierwszej drużyny juniora starszego. Współpraca ze znakomitymi trenerami młodszych grup układała się wzorowo. A grono to było znamienite: Bogdan Ciućmański, śp. Edward Gajewski, Henryk Duda, śp. Adam Mirek, Robert Orłowski, Franciszek Surówka, sp. Józef Strojny, Jan Tyrka, Zbigniew Urbańczyk, Waldemar Kocoń oraz oczywiście niestrudzony trener koordynator Aleksander Hradecki.
- Powróćmy do wyników sportowych. Utrzymaliście się w sezonie 1990/91?
Tak, sezon zakończył się sukcesem. Drużyna, będąc najmłodszą w klasie międzywojewódzkiej, zajęła bezpieczne miejsce w górnej części tabeli. Efekty tytanicznej pracy, jaką wykonaliśmy w sekcji z naszymi podopiecznymi. Treningi zespołowe pięć razy w tygodniu, liczne treningi indywidualne, nie tylko z bramkarzami przyniosły efekty szybciej niż mogli się spodziewać najwięksi optymiści.
- W kolejnym sezonie 1991/1992 już byliście numerem jeden w lidze międzywojewódzkiej.
Wygraliśmy ją z ogromną przewagą nad konkurentami. W zwycięskich barażach zmierzyliśmy się ze Stalą Mielec. Zespół awansował do grupy półfinałowej. Gospodarzem turnieju była Jagiellonia Białystok. Zajęliśmy II miejsce za nimi: po zwycięstwie 4:2 nad Lublinianką, remisie 1:1 z Ruchem Chorzów i remisie 0:0 w decydującym o I miejscu meczu z gospodarzami. Był to jedyny mecz w całym sezonie, w którym białostoczanie nie odnieśli zwycięstwa. W finale MP oni rozgromili Orła Łódź 6:0 i 4:0. Nam pozostał niedosyt. Z Jagiellonią w 90 minucie strzał Grzegorza Krupy odbił bramkarz Marek Szczech – późniejszy ligowiec m.in. w Pogoni Szczecin, a mający przed sobą pustą bramkę Rafał Kwieciński trafił piłką w poprzeczkę. Olbrzymi niedosyt i prawo gry o brązowy medal z Lechem Poznań. Ostatecznie po „dziwnych porażkach” (ale o tym przy innej okazji) 0:2 i 1:3 zajęliśmy czwarte miejsce w Polsce. Już wtedy trzon drużyn tworzyli późniejsi mistrzowie Polski, a więc: Marcin Latos, Wojciech Gruchała, Robert Ziółkowski, Rafał Kwieciński, Wojciech Rajtar, Tomasz Janusz, Krzysztofa Kusia, Michał Stolarz, Piotr Pacyga, Mariusz Piwowar, Tomasz Duniec, Tomasz Bernas, Michał Dębowski, Artur Kędziak i Andrzej Ślazyk. Wspomagali oni najstarszych w zespole z rocznika 1973/74: Janusza Koźmika – kapitana drużyny, najlepszego strzelca Grzegorza Krupę, Marka Stępniowskiego, Mirosława Rożka, Tomka Jaskólskiego, Pawła Orzechowskiego, Rafała Kursę i Grzegorza Kozłowskiego. W tym sezonie drużyna wygrała m.in. turniej o Puchar Wojewody Krakowskiego „Cracovia 92” oraz turniej w Pontenure (Włochy), pokonując w finale 2:1 zespół FC Piacenza - brązowych medalistów Mistrzostw Włoch.
- I wreszcie nadszedł sezon 1992/93. Sezon mistrzowski. Słuchamy…
Łatwość, z jaką rozprawialiśmy się z przeciwnikami w lidze międzywojewódzkiej (na 26 spotkań: 24 zwycięstwa, 1 remis z Unią Tarnów, 1 porażka z Cracovią) świadczyła o ogromnym potencjale tkwiącym w zespole. Pespektywy przed decydującymi o mistrzostwie Polski meczami nie były jednak najlepsze. Z powodów zdrowotnych w meczach barażowych ze Stalą Mielec, a następnie w turnieju półfinałowym nie mogło zagrać kilku podstawowych zawodników. Do wcześniej kontuzjowanego bramkarza Marcina Latosa (miał już wtedy zaliczony debiut w I lidze seniorów w wieku niespełna 17 lat), dołączyli: Bernard Łach, skuteczny napastnik Marek Milczanowski i bramkostrzelny pomocnik Tomasz Bernas. Turniej półfinałowy rozegrany na Suchych Stawach był bardzo zacięty, bowiem wspólnie z Lechem Poznań i Odrą Opole zdobyliśmy po 4 punkty. Mecze pomiędzy trzema zainteresowanymi drużynami zakończyły się remisami i o kolejności w tabeli decydowały wyniki tych drużyn z najsłabszym zespołem - Sygnałem Lublin. Wyniku z meczu otwarcia Hutnik – Sygnał 7:0, nie byli w stanie przebić ani Odra (wygrała „tylko” 5:0), ani Lech Poznań (wygrał 6:2) i o zajęciu I miejsca przez nas zadecydowała najkorzystniejsza różnica bramek. Dało nam to prawo gry o tytuł mistrza Polski z zespołem Lechii Gdańsk, której trenerem był Jerzy Brzyski, prowadzący jednocześnie reprezentację Polski „U18”. Jakby naszych problemów kadrowych było mało, to w półfinałowym meczu z Lechem Poznań poważnej kontuzji doznał filar linii obrony Tomasz Janusz, a w trakcie podróży pociągiem do Gdańska na pierwszy finałowy mecz, okradziony z dokumentów został kapitan drużyny Wojciech Gruchała (co wyeliminowało go z gry w tym spotkaniu). Wobec tak poważnych ubytków, w ostatniej chwili do kadry meczowej zostali dołączeni dwaj zawodnicy z rocznika 1977: Maciej Stolarz i Łukasz Sosin - późniejszy reprezentant Polski i wielokrotny „król strzelców” na Cyprze. Gospodarzy zgubiła jednak pycha. W ich składzie byli m.in. reprezentanci Polski w kategorii juniorów i seniorów, uznani ligowcy: Szamotulski, Mięciel, Pietkiewicz, Filipik, Kubsik, Kafarski (późniejszy trener ligowy). Mecz zakończył się naszym zwycięstwem 3:1 (2:1), a strzelcami bramek byli: Krzysztof Kusia i dwaj, wspomniani wyżej debiutanci: Maciej Stolarz i Łukasz Sosin. Rewanż za 3 dni na Suchych Stawach nie był formalnością, jak się wydawało tzw. koneserom i podpowiadaczom. Po dramatycznym pojedynku przegraliśmy, co prawda 2:3 (1:1) – dwie bramki zdobył Wojciech Rajtar, – ale to my w końcowym rozrachunku cieszyliśmy się z tytułu Mistrza Polski. Na murawie w trakcie tego drugiego meczu wystąpiliśmy w składzie: Pacyga, Piwowar, Ślazyk, Ziółkowski, Kędziak, Kwieciński, Michał Stolarz, Kusia, Rajtar, Kapusta, Sosin, Maciej Stolarz, Duniec, Stachurski, Gruchała. Natomiast na ławce rezerwowych denerwowali się również: bramkarz Jacek Sajnóg, Michał Dębowski, Grzegorz Satoła, Robert Trepka. Na końcowy sukces zapracowało 24 zawodników, a debiutanci Maciej Stolarz i Łukasz Sosin swoimi bramkami przechylili szalę zwycięstwa na naszą korzyść w decydującym o losach rywalizacji meczu w Gdańsku. W drodze po złoty medal rozegraliśmy 29 meczy, z których wygraliśmy 24, zremisowaliśmy 3 i tylko zanotowaliśmy 2 porażki. Imponujący był również bilans bramkowy: 96:13. Wygrywaliśmy nie tylko w kraju. Na turnieju w niemieckim Ludwighshafen w pokonanym polu zostawiliśmy 6 drużyn niemieckich i Parasol Wrocław, natomiast w tradycyjnym turniej w Pontenure (Włochy) zajęliśmy 3 miejsce, wyprzedzeni przez FC Piacenza i Cracovię. Największe sukcesy indywidualne święcił w tym sezonie Wojciech Rajtar, który będąc podstawowym zawodnikiem reprezentacji Polski zdobył złoty medal ME rozgrywanych w Turcji w kategorii”U17” i IV miejsce w MŚ, które toczyły się w Japonii. Po wielkim sukcesie wróciliśmy do gry i rundę jesienną sezonu 1993/94 zakończyliśmy tradycyjnie na I miejscu lidze międzywojewódzkiej, gromadząc w 13 meczach 21 punktów, przy bilansie bramkowym 29-5. I tak zakończyłem swoją piękną przygodę z juniorami KS Hutnik Kraków, bowiem od 2 stycznia 1994r. zostałem trenerem III ligowego beniaminka Dalinu Myślenice.
- Dodajmy, że pana następcą został trener Waldemar Kocoń i w 1994 roku Hutnik znów cieszył się z kolejnego Mistrzostwa Polski. Jak Pan wspomina swoje sukcesy w pracy w Hutniku z perspektywy ćwierćwiecza?
Determinantem naszych sukcesów (trenerów, zawodników) był fakt, iż znakomici trenerzy dowodzeni przez niestrudzonego Aleksandra Hradeckiego, znaleźli się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, natrafiając na wspaniałą, uzdolnioną grupę młodych ludzi i mając do dyspozycji znakomitą bazę treningową. Zakasaliśmy rękawy wspólną, systematyczną, ciężką pracą doszliśmy do sukcesów indywiduach i zespołowych w aspekcie nie tylko sportowym, ale i wychowawczym. Dlatego dziś mamy powód do dumy, wynikający z faktu, iż nasi wychowankowie są wspaniałymi ludźmi i prawymi obywatelami, znakomicie radzącymi sobie w niełatwej rzeczywistości w kraju i zagranicą. Nie bez znaczenia była też atmosfera panująca w mojej grupie. Dzisiaj powiedzielibyśmy o znakomitych stosunkach interpersonalnych w grupie i stojącym na wysokim poziomie „team-spirit”. Zarządzanie takimi zasobami ludzkimi to była dla mnie czysta przyjemność, choć jak to w życiu bywa, zdarzały się momenty i radosne i sympatyczne, ale i przykre, a czasem wręcz dramatyczne. Znakiem firmowym tej ekipy było tradycyjne „kółeczko” na zakończenie fantastycznych dyskotek i wspólne śpiewanie hitu zespołu Lombard ”Przeżyj to sam”. Ale to są już tajemnice szatni i mojego warsztatu. Czy Ci chłopcy mogli sportowo osiągnąć więcej? Jestem pewny, że absolutnie tak. Jeszcze 6-7 zawodników musiało osiągnąć taki poziom sportowy jak Łukasz Sosin. Ale to temat na inne opowiadanie, w bardziej smutnym klimacie, a nie chcę psuć święta, jakim niewątpliwie jest Jubileusz „Srebrnego wesela” zdobycia Mistrzostwa Polski przez zespół juniorów KS Hutnik Kraków. Na koniec chcę gorąco podziękować: żonie i córce – moim wiernym kibicom oraz wszystkim- zawodnikom i ich rodzinom, sponsorom, trenerom, lekarzom, działaczom związkowym i klubowym, kibicom, dziennikarzom -, których spotkałem na swojej drodze trenerskiej, będąc szkoleniowcem „złotych chłopców z Nowej Huty”. To były piękne dni, po prostu piękne dni” śpiewała Halina Kunicka i słowa tej piosenki są chyba najlepszą puentą moich wspomnień.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Ogromne zasługi w naszych sukcesach miał bramkarz nr 1, niestety nieobecny już wśród nas Marcin Latos. Dobry Bóg zbyt wcześnie powołał Go do swojej „niebiańskiej drużyny” Pamiętamy i będziemy pamiętać. Cześć Jego Pamięci!
- Dziękuję za rozmowę.

Wysłuchał i spisał Bartłomiej Sowa