Hutnik Kraków | Stowarzyszenie Nowy Hutnik 2010 - oficjalna strona
nippongo íslenska suomi < a href="http://www.nh2010.pl/manifest,hu.html">magyar italiano français russkij slovenský espana deutsch english polski

Wywiad z Leszkiem Kraczkiewiczem

Poniedziałek, 28 maja 2018
W niedzielę 3 czerwca o godzinie 15:30 na Suchych Stawach odbędzie się hutniczy mecz wspomnień. Na przeciwko siebie staną drużyna Mistrzów Polski juniorów z 1993 roku i zespół Hutnika, który wywalczył awans do Ekstraklasy trzy lata wcześniej. W miniony czwartek przedstawiłem drogę do Mistrzostwa drużyny juniorskiej sprzed 25 lat. Czytaj tutaj

Dziś pora na ich starszych kolegów, którzy kilka lat wstecz wywalczyli wymarzony awans do ekstraklasy. Ba, byli jej prawdziwą rewelacją, zachwycając piękną grą. W bramce sułkowiczanin Tyrpa. Na prawej legenda HKS Walankiewicz. Para stoperów w osobach wychowanka Łady Biłgoraj Węgrzyna i byłego gracza ŁKS-u Wesołowskiego. Na lewej obronie przebojowy młokos, wychowanek Hutnika Koźmiński. Prawe skrzydło doświadczony Kowalik, środek pomocy znakomity rozgrywający Sermak i przybyły wiele lat wcześniej z Wandy Bukalski. W ataku kolejny „Wandziarz” Waligóra i pozyskany z Garbarni Popczyński.
Wreszcie na lewym skrzydle zmora ligowych obrońców, mistrz zwodów i dryblingów Leszek Kraczkiewicz.
Był jednym z najważniejszych ogniw w układance trenera Władysława Łacha. Popularny "Mały" trwale zapisał się w pamięci kibiców Hutnika. To, że tak jest sprawiły jego ambicja i skromność poparte pracowitością i nietuzinkowym talentem. Z Panem Leszkiem rozmawiałem dziś popołudniu, akurat podczas łowienia ryb w pobliżu miejsca zamieszkania, nieopodal Zakliczyna. Jak zwykle uśmiechnięty, szczery i skromny podzielił się swoimi wspomnieniami z kibicami Hutnika. Zapraszam do lektury.

Pochodzi pan z Tarnogrodu na Lubelszczyźnie.
- Tak tu się urodziłem. Tu w lokalnym Olympiakosie rozpoczynałem przygodę z piłką. W wieku 17 lat trafiłem do III ligi, wtedy naprawdę trzeciej, nie tylko z nazwy. Grałem w jedenastce Hetmana Zamość. Przez dwa sezony. Byliśmy w czołówce ligi, ale do awansu nieco brakowało. Raz skończyliśmy na 4, potem na 5 miejscu. Najważniejsze było dla mnie to, że mimo młodego wieku grałem regularnie.

Później trafił pan do Hutnika. Jak to się stało?
- W Hetmanie grałem wspólnie z Włodkiem Kwiatkowskim, wówczas jednym z bardziej utalentowanych bramkarzy młodego pokolenia. Reprezentantem Polski do lat 18. Nasze mecze przyjeżdżali oglądać wysłannicy wielu klubów m.in. Stali Mielec, Siarki Tarnobrzeg, Radomiaka Radom. Przyjeżdżali pewnie bardziej patrzeć na Włodka niż na mnie, ale przy okazji i ja wpadłem im w oko. Przyjechali także działacze Hutnika i szybko przeszli do konkretów. Włodek i ja trafiliśmy do Nowej Huty.

Lato 1985 roku. Jak wspomina pan tamten zespół Hutnika?
- Trenerem był niestety nieżyjący już Janusz Wójcik. Chwilę przed moim przyjściem, do drużyny powrócił z Legii Kazimierz Putek. W linii pomocy grali też m.in. śp.Rysiek Bargieł czy Bogdan Sysło. Na lewym skrzydle silna konkurencja była ze strony byłego legionisty Irka Wójcika. W ataku brylował Boguś Szczecina. Była to silna drugoligowa drużyna. Wydaje mi się, że ważnym momentem w moim pierwszym sezonie w Hutniku był letni obóz. Wtedy były to długie 10-dniowe zgrupowania. Właśnie na takim zgrupowaniu pokazałem walkę, determinację i tak przekonałem do siebie trenera. Mimo młodego wieku, wydaje mi się, że miałem spore doświadczenie z boisk III-ligowych. Tego brakowało wtedy zdolnym juniorom Hutnika, wówczas świeżo upieczonym mistrzom Polski. Było wśród nich wiele talentów, ale właściwie tylko Waldek Góra i może Robert Kasperczyk przebili się do pierwszej drużyny.

Po nieco ponad rocznym pobycie w Hutniku upomniało się o pana wojsko... 
- Po przenosinach do Krakowa rozpocząłem studia na AWF-ie. To nie były takie studia, jak czasem zdarza się dziś. Nie można było praktycznie opuszczać zajęć, a te często kolidowały z treningami i meczami. Postawiłem na piłkę i wkrótce skreślono mnie z listy studentów. Co wtedy? Pamiętajmy, że to były czasy komuny. Nie minęło kilka dni, do drzwi zapukało WSW i zostałem wcielony do wojska. Trafiłem do jednostki w Lublinie i znów do tej samej III-ligi. Grałem w Lubliniance.

Kończąc służbę wojskową nosił się pan podobno z zamiarem porzucenia futbolu.
- Był to trudny okres w moim życiu. Chciałem grać, ale okoliczności były niesprzyjające. W czasie pobytu w Lublinie zmarł mój ojciec. Mama została sama na gospodarce i nie miałem wyjścia. Trzeba było pomóc w domu. Na moje szczęście, gdy grałem w Lubliniance często na jej mecze przychodził ówczesny trener I-ligowego Motoru Lesław Ćmikiewicz. Wkrótce został on szkoleniowcem Hutnika i zabiegał bym wrócił do Krakowa. Pewnego dnia pod nasz dom w Tarnogrodzie zajechał polonez, a w nim ówczesny główny działacz Hutnika pan Józef Nowak i wicedyrektor Huty im. Lenina. Przekonali mnie i moją mamę do zmiany decyzji. Dużą rolę odegrali też nasi sąsiedzi, którzy obiecali, że pomogą mamie w gospodarstwie. I tak też się stało. A ja wróciłem do Hutnika.

Z czasem stał się pan jednym z liderów Hutnika. To, co nie powiodło się drużynom prowadzonym przez Wójcika czy Ćmikiewicza udało się zespołowi pod wodzą trenera Władysława Łacha...
- Zespół, jaki mieliśmy w Hutniku u schyłku lat 90-tych był chyba najlepszym w całej historii klubu. Na pewno najlepszym w jakim ja kiedykolwiek grałem. W sezonie 1989/90 mieliśmy wszyscy wspólny cel. Wcześniej różnie z tym bywało. W tamtych rozgrywkach liczył się tylko awans. Graliśmy bardzo długi sezon w połączonej drugiej lidze, z silnymi zespołami, jak spadkowicze Pogoń Szczecin i Jastrzębie, Polonia Bytom, Stalowa Wola, Górnik i Zagłębie Wałbrzych. Jednak w ostatecznym rachunku to my i Igloopol Dębica cieszyliśmy się z awansu. Mało tego zawędrowaliśmy do półfinału Pucharu Polski, przegrywając dopiero z GKS Katowice. Trener Łach świetnie się z nami dogadywał. W drużynie nie było podziałów i do dziś wspominam jak po wygranej ze Stilonem Gorzów 2-0 kibice Hutnika nosili nas na rękach.

Drużyna była wtedy znakomita. W czym tkwiła tajemnica tamtego sukcesu sprzed 28 lat?
- Wie pan, co... Przede wszystkim byliśmy jednością na i poza boiskiem. W zespole było chyba tylko trzech żonatych, a reszta kawalerowie. Razem poznawaliśmy dziewczyny, które później zostawały naszymi żonami. Ja na przykład poznałem Mirka Waligórę z jego przyszłą i obecną małżonką. Razem spędzaliśmy najważniejsze chwile w życiu. Na przykład wesela, urodziny dzieci. To chyba rzadkość, że zawodnik na wesele prosi większość drużyny. A tak właśnie było u nas. Wielokrotnie. Wspólnie bawiliśmy się na Sylwestrach. Coś pięknego. Takiej atmosfery nie spotkałem nigdy wcześniej, ani później. Zresztą to samo mówią moi koledzy. Ostatnio wspominaliśmy te czasy z Grześkiem Wesołowskim. Też mówił, że czegoś takiego nigdzie nie widział. A trener Łach, mimo że kilka lat starszy, był w tym wszystkim z nami. I to wszystko procentowało na boisku, gdzie byliśmy jak jeden organizm.

Dziś często atmosfera przegrywa z pieniędzmi...
- Wtedy czasy były nieco inne. W Hutniku nie było wtedy dużych pieniędzy. W ogóle w piłce krajowej ich nie było. U nas pojawił się w pewnym momencie sponsor pan Kmita. Ale to był jedynie dodatek. Wszystko, co najważniejsze, wypracowaliśmy sobie wcześniej. Wtedy nie myśleliśmy o pieniądzach, graliśmy dla siebie. Czasem płacili, czasem nie. Oczywiście, że to przeżywaliśmy, ale nie narzekajmy. Co ma na przykład powiedzieć pracownik Huty, który po 30-latach traci pracę i prawo do emerytury? Przecież wtedy słyszało się o takich historiach.

Pamiętam mecz z Lechem Poznań, wtedy mistrzem kraju. W Pucharze Polski Hutnik jeszcze II-ligowy wygrał po dogrywce, a pan i Waligóra weszliście w przerwie i wprost ośmieszyliście obronę Kolejorza.
- Chyba tak było. Ja strzeliłem na 1-1. A potem w dogrywce już dominowaliśmy na murawie. Skończyło się 4-1. Jeszcze wcześniej w Pucharze pokonaliśmy Górnika Zabrze 2-1. To po tych meczach uwierzyliśmy, że mamy pakę. Nie gorszą od czołowych w kraju. To był ważny impuls do przyszłego awansu.

Czy to pana najlepszy mecz w Hutniku?
Jeden z lepszych. Ale... Pamięta pan,  jak w pierwszym sezonie po awansie pokonaliśmy u siebie ŁKS 5-0? To chyba mój najlepszy mecz w karierze. Zdobyłem jedną bramkę, a przy czterech innych asystowałem. Po tym spotkaniu byliśmy wiceliderem i mieliśmy tylko dwa punkty mniej od prowadzącej drużyny, a był to kwiecień. Ostatecznie skończyliśmy na 5 miejscu. Żałuję tylko, że nie było oprawy telewizyjnej jak dziś. Miło byłoby zobaczyć jeszcze raz te akcje i mecze. Zwłaszcza z tego pierwszego sezonu w I lidze. Bardzo dobrze wspominam też mecze przeciwko Górnikowi Zabrze. Zawsze dobrze mi się z nimi grało. Mieli w składzie kilku reprezentacyjnych obrońców. Jegor czy Piotrowicz, z tego co wiem, nie wspominają najlepiej tych spotkań. Być może, dlatego trafiłem potem do Górnika i grałem z nimi w jednym zespole?

Ja jeszcze pamiętam jak wkręcał pan w murawę popularnego „Bereta”... 
- Z Legią wygraliśmy kilka prestiżowych meczów. Ze dwa razy na Łazienkowskiej. A ten, o którym pan wspomina był u nas. Wygraliśmy 4-2. Oni szli na mistrza. Ich trenerem był Wójcik. Kibice strasznie po nim jechali. Przyjechali świeżo po półfinale PZP z Manchesterem United. Po kilku kółkach w moim wykonaniu Jóźwiak się wkurzył i przejechał mnie po achillesach. I w takich momentach do akcji wkraczał, mój serdeczny kolega, jeszcze z czasów szkoły średniej - Kaziu Węgrzyn. Gdy była potrzeba był takim moim boiskowym ochroniarzem. Jego argumenty zazwyczaj działały i miałem względny spokój. Nie inaczej było wtedy z Jóźwiakiem. Kazek też potrafił ostro zagrać. Pochodzimy z sąsiednich miejscowości. Biłgoraj i Tarnogród dzieli 17 kilometrów. Mało kto wie, że przez lata mieszkaliśmy w jednym pokoju w Nowej Hucie.

Jakie były pana kulisy pożegnania z Hutnikiem? 
- Niestety nieciekawe. Do Lommell odszedł Waligóra, do Katowic Sermak. Z ofensywnego tercetu, który razem tworzyliśmy zostałem tylko ja. Niestety działacze po tych wszystkich latach zaproponowali mi, że tak powiem niestosowny kontrakt i postanowiłem zaprotestować. Byłem cichy i skromny, ale bez przesady. Pojawiłem się na testach w Stalowej Woli, ale nic z tego nie wyszło. Przez pół roku nigdzie nie grałem. To były zupełnie inne czasy. Koszmar. Nie było prawa Bosmana. Zawodnik był niewolnikiem klubu. Miałem ochotę rzucić to w diabły. Późną jesienią zgłosił się do mnie trener Edward Lorens. Szukali kogoś lewonożnego za Arka Kubika. Kluby się porozumiały i przeszedłem do Zabrza. Grałem tam razem z Tomkiem Hajto. W debiucie zanotowałem asystę, przy bramce Marka Szemońskiego na 1-1 w końcówce. Zremisowaliśmy w Olsztynie ze Stomilem.

Jako jednego z nielicznych piłkarzy zawsze na Suchych Stawach witały pana brawa. Nawet w barwach nielubianych klubów. W czym tkwi przyczyna?
- To bardzo miłe. Czy to z Górnikiem, czy to w barwach Cracovii zawsze słyszałem miłe słowa i oklaski. Kibice Hutnika skandowali moje nazwisko. To było bardzo budujące. Wspominam to do dziś. Cieszę się, że zapamiętano mnie z dobrej strony. Podobnie było na mieście. Czy to w Nowej Hucie, czy to na Rynku w Krakowie. Zawsze miałem miłe rozmowy z kibicami. Nigdy nie wypowiadałem się do prasy lekceważąco o żadnym klubie czy kibicach. W ogóle mało mówiłem, ale za to zawsze dawałem z siebie wszystko na boisku. Myślę, że miało to wpływ i się to po prostu pamięta. Ja pamiętam, jak Hutnik był jedyną drużyną w Krakowie, grającą na poziomie ekstraklasy. Cracovia już od dawna biedowała w III lidze, a Wisła spadała do II ligi. Kibice z całego miasta jeździli w dużej liczbie na nasze mecze. Czasami na meczach było dziwnie cicho. Nie powiem, zdarzało się, że nie było dopingu i śpiewów. Czasem nawet radość po bramkach okazywali tylko ci najbardziej zagorzali. I wie pan co? Dopiero po latach dowiedziałem się dlaczego tak było. Uświadomił mi to jeden z przyjaciół. Jego zdaniem milczeli właśnie kibice piłki spoza Huty. Chcieli pooglądać ekstraklasowy futbol. Nie wszyscy nam kibicowali, ale po prostu przyjeżdżali zobaczyć jak się gra w piłkę w Nowej Hucie. A było na co popatrzeć.

Wspomniał pan o Cracovii. Jak pan tam się znalazł?
- To już pod koniec kariery. Po dwóch latach w Zabrzu sam wykupiłem się z Górnika. Nie miałem za bardzo koncepcji, co dalej. Poprosił mnie trener Piotr Kocąb, wtedy szkoleniowiec Cracovii i wróciłem do Krakowa. To był sezon 1997/98. W Cracovii wtedy było naprawdę biednie. Nie było nawet wody do picia. Pamiętam jak po meczach kibice robili zrzutkę na mineralną i kiełbaski dla zawodników. Po pół roku skorzystałem z oferty Sandecji. Pograłem jeszcze m.in. w Szczakowiance, gdzie trenerem był mój przyjaciel Andrzej Sermak. Do dziś często się odwiedzamy i spotykamy z całymi rodzinami. Mam nadzieję, że zobaczymy się też w tę niedzielę. 

Po karierze zawodniczej został pan trenerem...
- Tak. Trenowałem głównie zespoły z regionu tarnowskiego. Najmilej wspominam pobyt w Tuchovii Tuchów, z którą awansowałem do IV ligi. Była też m.in. Tarnovia czy Bochnia, kilka innych klubików. Aktualnie trenuję Ciężkowiankę Ciężkowice. Gramy w lidze okręgowej w grupie tarnowskiej. W środę czeka nas ważny mecz z Olimpią Wojnicz. Brakuje nam kilku oczek do utrzymania. Jak wygramy to będzie w porządku.

A jak wiedzie się panu w życiu prywatnym? 
- Dziękuję. Nie narzekam. Mam piękny dom w Jurkowie, gdzie mieszkam razem z żoną. Młodsza córka studiuje w Krakowie. Ja pracuję w szkole średniej w Zakliczynie jako nauczyciel W-F-u. Lubię tę pracę. Jestem szczęśliwy. Tu gdzie mieszkam są piękne tereny. Dużo jeziorek. Uwielbiam pływać po nich łodzią, czy ostatnio motorówką. A wolne chwile, tak jak teraz, często spędzam na wędkowaniu.

Śledzi pan wyniki Hutnika?
- Tak oczywiście. Wszystko śledzę na stronie Hutnika. Nie tylko seniorów, ale też innych drużyn. Myślę, że jesteście teraz głównym faworytem do awansu. Rozmawiałem z przyjaciółmi z Tuchowa i w minioną sobotę Sandecja wygrała z nimi ledwo ledwo, 2-1 w końcówce. A grali w całości młodzieżowym składem. Myślę, że najtrudniej byłoby Hutnikowi z Limanovią. Wydaje mi się, że najlepszym rywalem z czołówki byłby dla was Lubań Maniowy. Ale tak jak pan powiedział, wygrać trzeba z każdym.

W takim razie do zobaczenia w niedzielę na Suchych Stawach. 
- Do zobaczenia. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć. Dużo zależy od wygranej z Olimpią. Jak wygramy to na 99 procent jestem. Musimy wygrać, bym w następnej kolejce mógł ich zostawić samych (śmiech). Pozdrawiam wszystkich kibiców Hutnika. Hutnik zawsze będzie przeze mnie mile wspominany. Życzę wam awansu do III ligi.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał: Bartłomiej Sowa

Na zdjęciach Leszek Kraczkiewicz w akcji z pierwszego meczu w I lidze Hutnika ze Stalą Mielec oraz z kolegami z najlepszej jedenastki w historii Hutnika, pierwszy u dołu po prawej. (archiwum autora)